Wiosna jest coraz bardziej czy tego chcesz czy nie. Widać to od dołu do góry. To znaczy od podeszwy buta, na której rozbebłuje się po raz pierwszy w tym roku przywarte psie kupsko, poprzez schodki starego nocnego Ikarusa, na krańcach których próbujesz pozostawić resztki ekskrementu, których nie wytarłeś o krawężnik i obsmarkane ludzkie twarze na wysokości Twojej twarzy, bo teraz wszyscy chorujemy na jakąś narodową chorobę, dzięki której wypluwamy mniej lub bardziej dyskretnie różnokolorowe mięciutkie takie tam nie wiem co, które upadają na trawniki, by w ciągu kilku dni zapuścić korzonki, wypuścić łodygi i w krótkim już czasie zwrócić się pąkami swemi ku piękniejącemu światu. Nad tym wszystkim słonko śmieje się z człowieka i z jego podeszw, jednak ten gotów jest, jak o żadnej innej porze roku, stawić czoła czającemu się w trawie złu.
Nawet koncertowe płyty z lat dziewięćdziesiątych hardrockowych zespołów z lat osiemdziesiątych wydają się być stosunkowo świeże i znów daje się słuchać tych bzdur o miłości z trzydziestosekundową solówką. Właśnie pierwszy szerszeń wlatuje do pokoju i nerwowo miota się między szybą a żaluzją, by ostatecznie dostać zeszłotygodniową Wyborczą w głowę i opaść na parapet najprawdopodobniej od ciężaru niewiarygodnego natłoku informacji z pierwszej strony.
Pierwszy autobus nocny ucieka z pętli kiedy przeskakujesz przez barierkę, co nie jest łatwe, kiedy z jednej komory Ciebie do drugiej komory Ciebie przelewa się Książ super mocny absolutny hit tego sezonu. Autobus nocny, co to uciekł był, doganiasz drugim autobusem nocnym, który zwykł dawać dupy, bowiem na przystanek przesiadkowy zawsze przyjeżdża ostatni, dzięki czemu kierowcy pozostałych otrzymują niepowtarzalną okazję zdjęcia butów, zdjęcia skarpetek i ponownego przywdziania butów na spocone stopy, wszak przed nimi kolejna gorąca noc.
W parkach napuszcza się woda do parkowych bajorek, na środku których można było wystawać późnymi wieczorami i pić tanie wina, nie zmaczając stopy. Teraz miejsca okupowane przez starych i młodych pijaków zajmuje ptactwo. Stare kruki i sroki wysiadują na brzegach wciąż powiększających się bajorek, czekając aż poziom wody się ustabilizuje, by ostatecznie rozpocząć sezon grillowy. Stare, chore na alzheimera kaczki wtórnie uczą się pływać pod czujnym okiem młodych, jednak te niedługo opuszczą oczka wodne, by zacząć biegać przełajowo za rzucanymi przez dzieci kawałkami spleśniałego chleba. Jeśli pewnego dnia kaczki trafi szlag, następni będziemy my.
Wszystko ulega niezwykłym przemianom i tylko pomnik psa w jednym z warszawskich parków stoi nieprzerwanie od jakiegoś czasu niezależnie od pory roku, pogody czy ruchów tektonicznych, wciąż się ślini jakby na widok rzucanego mu ochłapu mięsa. Psu rzucamy rozgrzane żelazko. Niech ma.

0 commentaires:
Prześlij komentarz