Stara. Wypływa niczym resztki zupy fasolowej z pustego, stojącego pod kranem gara, do którego nalewać wody trzeba powoli, w przeciwnym razie grozi wielki wybuch i obszerne poparzenia. Było dużym wyzwaniem ominąć jej zwłokę rozlewającą się na trzech stopniach. Od dłuższego czasu z resztą nie mogła patrzeć jak połowa mieszkańców miasta stołecznego wyprzedza ją na ruchomych schodach, toteż teraz wychodzi na miasto zaopatrzona w dwie wielkie wypchane torby tak typowe dla wizerunku handlarzy spod Hali Banacha oraz klasyczny wózek, na których użytkowanie miasto stołeczne wydaje pozwolenie obywatelom, którzy ukończyli siedemdziesiąty ósmy rok życia i zdali specjalny egzamin z jazdy po łuku i parkowania równoległego zwanego potocznie kopertą.Wychodzi każdego ranka z najczarniejszego tunelu metra, tuż obok najgłębiej położonej stacji. Wspina się po peronie i już po chwili jedzie schodami do góry, zawsze trzymając się bardziej lewej strony niż prawej. Jedzie i jedzie. Stoi i stoi. Tak samo torby jadą i jadą. Stoją i stoją. I wózek też jedzie i jedzie. Stoi i stoi. Czasem się lekko zsunie na stopień niżej, więc stoi i jedzie. Jedzie i stoi.Jej mąż, świećnadjegoduszą, miał dobre wróżby. Niegdyś poważny, zrównoważony, potem jeszcze bardziej poważny i nieco mniej zrównoważony. Artysta. Malarz. Znaczy – malował obrazy. Chuja tam malował. Pił. Jadł. Wolał jednak pić niż jeść. Nie mogło to być komplementem dla tej kobiety, która zapewne sprawdzała się w kuchni. Właściwie to nie znosił tego jak się ubierała. Uważał to za dobry pretekst, żeby odrzucić pędzel i otworzyć butelkę. Z resztą każdy był dobry. Pretekst. Nie pędzel. Życie zresztą malowało za niego. Na podłodze, na krześle czy to na ścianie. Potem jak każdy pijak-nie-pijak odszedł. W niebyt. A może właśnie w byt?Po jego odejściu w byt-nie-byt zaczęła stać na tych skrzypiących ruchomych schodach i siłą rzeczy zaczęła nimi jeździć. I tak stoi i stoi, jedzie i jedzie. I tak do zerzygania. Tak samo pełne torby i rozepchany wózek. Wszystko zajmowało trzy stopnie, z lekkim hakiem do czterech i zawsze bardziej na lewo niźli na prawo.Niejeden już osiwiał czy to postradał zmysły spiesząc się gdzieś późnym rankiem i próbując się przedostać przez schodowo-ruchomą barykadę. Kobieta na schodach była zmorą mieszkańców miasta. I tak już miało zostać. W końcu, to miała być bardzo smutna historia. Właściwie, to jest bardzo smutna historia. Smutna. Bardzo. Niestety nie dla narratora tego tekstu – człowieka pomysłowego i zawsze na wszystko przygotowanego, który w kieszeni swoich spodni trzyma wszystko, co tylko w kieszeni takich spodni trzymać się da – od napędzanego paliwem rakietowym, którego pełen kanister także ma zawsze przy sobie, zszywacza taśmą klejącą, po starą, zbudowaną w czasach komuny wieżę telewizyjną drapiącą chmury w ich wybujałe zady; który to człowiek w takiej sytuacji wyciąga super-szczudła, a ma on za sobą kurs stawiania największych kroków w mieście, i na nic nie bacząc zapierdala przed siebie stąpając średnio na co dziesiątym schodku, i robi to tak, że aż się za nim kurzy! Aż się za nim k…. kurzy…
Srogi, końcówka. melancholija.
2 dni temu

ale Pan k...wa za...dala!
OdpowiedzUsuń na zawsze