poniedziałek, marzec 29, 2010

amare da morire

Była taka książka. To znaczy jest taka książka, bo ją dopiero co wydali, więc chwilowo bardziej jest niż była choć im bardziej jest tym bardziej była, a skoro nie ma wyraźnej granicy między tym co jest, a tym co było, to może rzeczywiście już była, choć i trochę jeszcze jest i nie ma się co rozwodzić nad tym co jest i nad tym co było. Jest taka książka, ale nie o tym jest o czym tu jest. Są w niej dwaj chłopcy i o nich rzecz rzeczywiście jest. Jednemu w życiu wyszło, drugiemu w życiu nie wyszło. Kochali się byli w tej samej dziewczynie. Ten co mu nie wyszło kochał się jawnie. Ten co mu wyszło robił to samo tylko niejawnie i to właśnie jemu wyszło i jeśli jest to jedna z reguł rządzących światem, to trochę nie fajnie, ale należy się pocieszać, że nie o tym jest książka, która nawet jeśli będzie książką, która już nie jest, a była, nadal będzie jest była nie o tym na szczęście.

Kiedy przez dwie godziny zastanawiasz się jakie jest Twoje zdanie na temat zróżnicowania regionalnego, etnicznego czy językowego Hiszpanii, jaki kolor będzie miał Twój nowy kaloryfer, czy z okazji wymiany kaloryfera wymienią też okno i czy na większe, a może wymienią kuchnię gazową na kuchnię elektryczną i czy wtedy będziesz mógł w piekarniku ładować baterie djurasel do pilota od telewizora, którego nie oglądasz, ale jak już się sam z siebie włączy, to dobrze go mieć czym wyłączyć, albo jak to jest, że kiedy zapijaczony szlajasz się po Dworcu Centralnym, zawsze pojawia się jakiś rozsądny człowiek, który powstrzyma Cię przed wejściem do tunelu, bo Ty musisz wejść w każdą dziurę, którą zobaczą Twoje oczy i pewnego dnia pojedziesz na niekończące się wakacje do Gdańska na masce zielonej lokomotywy; Ty wychodzisz wciąż z założenia, że są to Twoje prawdziwe problemy i nic poza nimi nie ten.Kiedy jednak doszedłeś publicznie do wniosku, że Hiszpanie nie powinni biegać z karabinami i strzelać do siebie tylko dlatego, że jeden nie wie jak nazywa się dialekt, w którym mówi jego sąsiad, odrywasz wzrok od monitora, który opływa w jakiś dziwny płyn – wydzielina ze zbyt długo przyklejonych oczu, i wiesz, że teraz zademonstrujesz światu swoje wielkie uczucie i pójdziesz się zabić, rzecz jasna z miłości.Jest dwudziesta trzecia trzydzieści i za pół godziny idziesz spać. Póki co idziesz do kuchni, by tam demonstrować jak to zabijasz się dla Niej. Czerstwa buła sprzed dni paru, zimny schabowy, zagryzione trzema piernikami toruńskimi, jedno Prince Polo XXL i trzy Ptasie Mleczka z lekkim hakiem do ośmiu. Po tym jeszcze zdechła galaretka, która znudzona parodniowym czekaniem między rozsypującym się niepokornie groszkiem, a coraz to ciemniejszym i coraz to krzywiej spoglądającym obliczem sera żółtego, wybałusza gały i wbija sobie widelec w plecy wydając z siebie przy tym dziwne jęki. Wszystko popijasz Pepsi zmieszaną z wodą z kranu w ramach oszczędności. Wszystko to na pół godziny przed snem, a zatem silnie niezdrowo i w ostatecznym rozrachunku niebezpiecznie dla życia, ale Ty balansujesz przecież na granicy życia i śmierci mniej więcej od połowy lutego.Oliwy do ognia dokłada taki jeden portal społecznościowy, który opowiada Ci, że ktoś kto właśnie pojawił się w Twoim życiu, jest w trakcie zakochiwania się w Tobie. Trakt zakochiwania się w Sobie jest co najmniej hmmm. Potem odmienia jeszcze francuski czasownik aimer przez wszystkie osoby i liczby w czasie teraźniejszym, bo jak każdy portal społecznościowy, żyje tym co teraz a nie co w literackim czasie przeszłym, którego nie rozumie trzy czwarte użytkowników języka. Odmienia Ci to i dodaje, iż najpiękniejszy to czasownik spośród żyjących czasowników. Lepiej wypada włoskie amare, którego jeszcze ani portal ani Ty sam nie potraficie odmieniać. W pierwszej osobie pojedynczejżde dziecko wie, jest amo. Stąd z resztą Amor. Widzisz ile moru jest w Amoru?

0 commentaires:

Prześlij komentarz