Niektóre zegary chodzą po domu jeszcze podług letniego czasu. W ten zimowy czas zajmuje mnie chodzenie za nimi i odkrywanie zegarowych orientacji. Potem przychodzi zastanowienie, czy jednak nie należałoby podjąć się skorygowania czasów, które nie przystają do teraz, a gdy już przyjdzie chęć działania, zegar wspina się wysoko na ścianę, prawie pod sam sufit, trochę udaje wspinacza skałkowego, a trochę przekorne dziecko, na które bezradny rodzic macha ręką, wierząc, że jakoś to będzie.
Kiedyś, kiedy wymyśliłem sobie piękną żonę i jej dzieci, zegary miały służyć ucieczce przed nudnymi domowymi praniami, prasowaniami, odkurzeniami, gotowaniami, przewijaniami i innym taplańskiem w gównie. Nie, nie mogę wyjść ze śmieciami i jak będziesz się tak drzeć, to zupełnie niepotrzebnie stracimy od kilkunastu sekund do kilkudziesięciu minut naszych żyć. Takie nastawianie zegara mogłoby trwać spokojnie pół dnia. Drugie pół dnia trwałoby wieszanie na ścianie, zajęcie, które wymaga pełnej koncentracji, a poza tym zrobić tak, by zegar prosto wisiał na ścianie, niewielu potrafi. Dlatego dziś powinienem oszczędzać sobie niepotrzebnego nakręcania instrumentów, coby zajęcie to nie obrzydło wtedy, gdy miałoby się stać rzeczywistym motorem ucieczkowym.
Inaczej jednak byłoby gdybym został księdzem i myślę, że już dziś powinienem ponakręcać wszystkie podejrzane urządzenia, aby zawczasu się ponakręcać i powykręcać, gdyż tam gdzie są duchowni, wszystko jest doskonale nakręcone, wszystko się robi na czas i nawet nie wiadomo kto tak robi, że tak jest, ale uprzedzić go nijak nie daje rady. Czas letni w zasranym grudniu nie ma więc racji bytu i dobrze jest nie sprzeciwiać się takiemu stanowi rzeczy, bo nigdy nie wiadomo kiedy w środku nocy zatrzyma się bateryjka, za nią wskazówki i już nie wiem co dalej…
Osoby:
Pan – dwadzieścia parę lat
Pani - dwadzieścia parę lat plus jeden
Rzecz dzieje się na chodniku. Zimno. Tyle.
Pani: dzień dobry panu, pan tu tak wcześnie, za czem to tak?
Pan: za panią. A co pani tu tak wcześnie robi?
Pani: na język chodzę.
Pan: obcy?
Pani: niemiecki
Pan: jak wszyscy prawie
Pani: dzięki temu wiem o czym są te kantaty Bacha
Pan: to jak nie wszyscy. Chętnie pani o nich opowiada?
Pani: no nawet…
Pan: bo pani wie albo i nie. Nie jest dziś łatwo doprosić się, by ktoś opowiedział, czy nawet tytuł przetłumaczył. Być może to brak czasu. Wie pani, dzisiejsze spotkania, to jak w przychodniach lekarskich, od godziny do godziny. Te trwają tylko chwilę dłużej – akurat by w pierwszej godzinie opowiedzieć o swoich miłościach, a w drugiej o studiach i pracach. A potem kalendarz drze mordę, że starczy. A Bach jest zbyt duży, zbyt wielki by go tak upychać, w dwóch godzinach, jako my sami siebie tylko potrafimy. A kiedy znowu chcemy podzielić się radością dnia jeszcze w tym samym dniu, to znów jak w przychodni, trzeba nam się rano zerwać, by dyskutować ze wstrętnym babskiem w rejestracji czy jest szansa, a gdy szansa jest, to trzeba przeczekać całą kolejkę i gdy już kolejka minie, zapominamy o tym dobrym, które zostało przygniecione troskami innych i zostaje już… w sumie nie wiem co zostaje.
Pani: zatem będę panu mówić o kantatach i tylko o nich. Proszę kiedyś przyjść i zwyczajnie zostać.
A z refleksji świątecznych, to taka, że najbardziej boję się poetów objawionych dwudziestego czwartego dnia grudnia. W poprzednich latach bałem się mniej, ale w tym roku poeci jakby się zmówili i napisali wiersz. Jeden i ten sam. I wysłali. Wiele razy. Oby nigdy więcej.
Kiedyś, kiedy wymyśliłem sobie piękną żonę i jej dzieci, zegary miały służyć ucieczce przed nudnymi domowymi praniami, prasowaniami, odkurzeniami, gotowaniami, przewijaniami i innym taplańskiem w gównie. Nie, nie mogę wyjść ze śmieciami i jak będziesz się tak drzeć, to zupełnie niepotrzebnie stracimy od kilkunastu sekund do kilkudziesięciu minut naszych żyć. Takie nastawianie zegara mogłoby trwać spokojnie pół dnia. Drugie pół dnia trwałoby wieszanie na ścianie, zajęcie, które wymaga pełnej koncentracji, a poza tym zrobić tak, by zegar prosto wisiał na ścianie, niewielu potrafi. Dlatego dziś powinienem oszczędzać sobie niepotrzebnego nakręcania instrumentów, coby zajęcie to nie obrzydło wtedy, gdy miałoby się stać rzeczywistym motorem ucieczkowym.
Inaczej jednak byłoby gdybym został księdzem i myślę, że już dziś powinienem ponakręcać wszystkie podejrzane urządzenia, aby zawczasu się ponakręcać i powykręcać, gdyż tam gdzie są duchowni, wszystko jest doskonale nakręcone, wszystko się robi na czas i nawet nie wiadomo kto tak robi, że tak jest, ale uprzedzić go nijak nie daje rady. Czas letni w zasranym grudniu nie ma więc racji bytu i dobrze jest nie sprzeciwiać się takiemu stanowi rzeczy, bo nigdy nie wiadomo kiedy w środku nocy zatrzyma się bateryjka, za nią wskazówki i już nie wiem co dalej…
Osoby:
Pan – dwadzieścia parę lat
Pani - dwadzieścia parę lat plus jeden
Rzecz dzieje się na chodniku. Zimno. Tyle.
Pani: dzień dobry panu, pan tu tak wcześnie, za czem to tak?
Pan: za panią. A co pani tu tak wcześnie robi?
Pani: na język chodzę.
Pan: obcy?
Pani: niemiecki
Pan: jak wszyscy prawie
Pani: dzięki temu wiem o czym są te kantaty Bacha
Pan: to jak nie wszyscy. Chętnie pani o nich opowiada?
Pani: no nawet…
Pan: bo pani wie albo i nie. Nie jest dziś łatwo doprosić się, by ktoś opowiedział, czy nawet tytuł przetłumaczył. Być może to brak czasu. Wie pani, dzisiejsze spotkania, to jak w przychodniach lekarskich, od godziny do godziny. Te trwają tylko chwilę dłużej – akurat by w pierwszej godzinie opowiedzieć o swoich miłościach, a w drugiej o studiach i pracach. A potem kalendarz drze mordę, że starczy. A Bach jest zbyt duży, zbyt wielki by go tak upychać, w dwóch godzinach, jako my sami siebie tylko potrafimy. A kiedy znowu chcemy podzielić się radością dnia jeszcze w tym samym dniu, to znów jak w przychodni, trzeba nam się rano zerwać, by dyskutować ze wstrętnym babskiem w rejestracji czy jest szansa, a gdy szansa jest, to trzeba przeczekać całą kolejkę i gdy już kolejka minie, zapominamy o tym dobrym, które zostało przygniecione troskami innych i zostaje już… w sumie nie wiem co zostaje.
Pani: zatem będę panu mówić o kantatach i tylko o nich. Proszę kiedyś przyjść i zwyczajnie zostać.
A z refleksji świątecznych, to taka, że najbardziej boję się poetów objawionych dwudziestego czwartego dnia grudnia. W poprzednich latach bałem się mniej, ale w tym roku poeci jakby się zmówili i napisali wiersz. Jeden i ten sam. I wysłali. Wiele razy. Oby nigdy więcej.

0 commentaires:
Prześlij komentarz