piątek, grudzień 19, 2008

koks tavo kambarys?

Jakiś czas temu otrzymałem zwrotną pracę domową z oceną cztery i dwoma plusami. Wydawać by się mogło, że dwa plusy przy czwórce winny dać pięć mniej, ale jak się okazuje, gówno – studia rządzą się innymi prawami. Wyjaśnienie pod oceną było następujące: drugi plus za fantazję. W końcu fantazja, to zaraz po śnie kolejna wartość w hierarchii, wiec dałem sprawie pokój i już dłużej tegom nie analizował.
Parę lekcji potem nastały narządy domowe i przyszło opisać swój pokój. Jak zwykle spętany łańcuchem słownictwa obcego roniłem obfite łzy, łzy, które mogłoby się przerodzić w rosę, co to je niebiosa zesłać mają. Ale nie. Dlatego w poniższym wywodzie ulżę sobie nareszcie i wybaczcie mi, że nie napiszę o niczym innym jak o własnym pokoju (tak jakbym to napisał, gdyby język litewski stał się nareszcie moim ojczystym).

Mój pokój nie jest duży. Właściwie jest nawet mały, o – taki mały jak piersi koleżanki po mojej prawej. Może jest i długi jak kolejka do cukierni w wigilijny poranek czy tunel metra między metrem Ratusz, a Dworcem Gdańskim, ale jest też bardzo wąski. Wąski jak nie wiem sam co.
Okno da się przyrównać do stosunku rozporka do spodni – tylko niewielką część się da otworzyć, skutkiem czego często duszno i nie do życia. Na parapecie stoją dwie doniczki, w jednej kwiatek, w drugiej kaktus. Także stały tu kiedyś dwa słoiki po kawie, ale jeden z nich stłukł się podczas ostatniego trzęsienia ziemi. Pod parapetem stoi czerwony jak burdel, kubełek. Ale co w nim, nie wiem, bo podobnie jak do burdelu, raczej weń nie zaglądam. Dalej biurko i łóżko. Łóżko dwuosobowe rzecz jasna, co czyni mnie niekiedy smutnym, gdy przypomina o mym singlostwie, ale nie raz czyni mnie radosnym, gdy przypomina o szczęściu z bycia jedynakiem. Pod łóżkiem – hodowla kóz. Są to jedyne stworzenia, którym w tym pokoju nie jest duszno, gdyż korzystają z przywileju trwania ledwo nad podłogą dzięki czemu niejednokrotnie w ciągu dnia zażywają przeciągu. Przy łóżku oczywiście butelka z wodą, gdyż nigdy nie wie człowiek kiedy się obudzi na srogim kacu. (Kac po litewsku – pagirios, akcencik jest na ‘a’). Naprzeciwko butelki stoi pianino. Cyfrowe. Obok televizorius. Telewizja też z resztą cyfrowa – Jedynka, Dwójka i Czwórka. Obok pianina stoi czerwony kubek, ale na opis tego co w nim, trzeba by poświecić oddzielną pracę. Pod kubeczkiem, pudełko z płytami. Bach, Mendelssohn, Mahler, Rachmaninoff, ale proszę nie popadać w zachwyt, to tylko kolekcja Gazety.
Niegdyś obok telewizora stała szafka pełna płyt, jednak odkąd przestały nawiedzać mnie kobiety, którym zawsze kolekcja płyt imponuje bardziej niż kolekcja czegokolwiek innego, zacząłem regularnie pakować krążki do czarnego worka, który to worek pewnego dnia umieściłem w zsypie. Pod telewizorem jest kuweta na wypadek kota. Kota nie mam, ale wydaje mi się, że można być większym przyjacielem zwierząt dysponując kuwetą bez kota, niż kotem bez kuwety.
Potem są drzwi. Boję się za nie zaglądać, bo tam potwory i inne takie. Pod drzwiami leży cegła, którą dostałem na osiemnaste urodziny. Do dzięki niej jeszcze nie umarłem od własnego smrodu. To ona zabezpiecza drzwi przed samozatrzaśnięciem w momencie gdy zainicjowany przeciąg osiąga prędkości porównywalne z prędkościami pociągów TGV. Są jeszcze książki poupychane gdzie się da. Ale na kobietach odwiedzających nie robi to wrażenia, tylko patrzą na te grzbiety udając, że znają tytuły i autorów. Na kolegach też nie robi to wrażenia, wszak wiedzą, że wcale tego nie czytałem. No, może Słownik Poprawnej Polszczyzny raz nawiedziłem, bo kiedyś miałem być tłumaczem, a teraz to już nie wiem kim będę, skoro nic w swoim życiu nie przeczytałem tak naprawdę. W dodatku, im dłużej czytałem ten słownik, tym ludzie zdawali się mówić jakoś niepoprawniej, więc czas był, żeby z tym jakoś skończyć.
Między telewizorem a książkami jest mały otwór w ścianie. To wyjście na korytarz. Tam zaczyna się fascynujący świat butów i tam też znajduje się zejście do przerażającej krainy Gumofilców.
Sudie!

środa, grudzień 17, 2008

bomb strzały chujnął

Jakiś czas temu dostaję od K. książkę, która ma mnie nauczyć pozytywnego myślenia. Kiedy po jakimś czasie spotykam właściciela lektury i kiedy pyta on „jak tam twoje relacje z kobietami” odpowiadam, że nie mam czasu na bzdury. K. trochę przyznaje mi w tym względzie coś na wzór słuszności i zdaje się, że właśnie on przejął bardziej moje pozytywne myślenie niż ja jego.

Pewna pani zapytuje o jedno z tych zajęć dzięki któremu nie ma się czasu na bzdury i pyta jak to jest zajęciować się tym czym się m.in. teraz zajęciuję.
–Wiesz, najfajniejsza w tym wszystkim jest podróż do miejsca przeznaczenia. Szybka kolej, mięciutki fotelik, środek nocy, dwoje ludzi na krzyż. Nie wiem czy rozumiesz…
A więc spoglądasz tym otępiałym spojrzeniem i myślę, że to ograniczenie natury ideologicznej czy może się to jakoś inaczej nazywa. Cóż Ci poradzić? – nie wiem.

Z niepokojem poglądam na przyszłoroczny kalendarz, który wydaje się nieco chudszy od tego na jeszcze teraz. Może to dlatego, że rok następny nie jest przestępny. A może jednak się uda rozepchać kalendarz odnotowanymi spotkaniami, papierkami buwowskimi, czy może nawet biletami na pociąg w stronę Wilna do najprzepiękniejszej Litwinki tego świata.

Wigilie. Dokładnie ten sam chuj, co strzela bombki, trafia i we mnie, kiedy słyszę o wigilii-nie-wigilii, albo wigilii-przedwigilii, albo już nie wiem. Albo. Albo. Pomysł z kochaniem się ze wszystkimi, nieprzyzwoitą emisją śliny i udawanym się życzeniowaniem jest stanowczo złym pomysłem, a jego autorów winno się nagrodzić pełnym zanurzeniem już Wy wiecie w czym jeśli znacie taki jeden dowcip.
Albert Camus niejaki napisał kiedyś taką niedużą książeczkę, z której uczymy się nie udawania. Zatem nie udawajmy!

Pieśni adwentowe lubię. I tak podczas grania mszy roratniej po swojej lewej stronie mam rzutnik, po środku nuty a z prawej widzę okno. A przez okno widzę podchodzące do lądowania samoloty i znowu wiem, że to co za oknem bardziej pociąga niż to tutaj, więc już nie wiem co. Może pozytywne myślenie.

środa, grudzień 10, 2008

Profetoryzm

Nie trzeba być magistrem wróżbiarstwa, by zdawać sobie sprawę z tego, że do trzech razy sztuka i że pewnego dnia te Kinder-jajka posadzone w ogródku pod starą biblioteką gruchną z siłą wodospadu i wszyscy zginiemy. No, może nie wszyscy. Właściwie w stanie lotnym widzę tylko ex-dziewczęta i skupiam się na kształtowaniu planu ratowania M. Zdaje się bowiem, że przewidzę wielkie gruchnięcie, dlatego uprzednio zapragnę udać się do budynku, sali, w której M. mieć zajęcia będzie i tam zechcę ją osłonić swoim ciałem stając się oczywiście wielkim bohaterem.

Takie snucie zapewne zostanie ukarane w Dniu Gniewu i boję się, że za to snucie kara będzie wyrafinowana, wyszukana i nieodwołalna. Czyli, że albo zakręcą kurek ze snem albo skończy się papier w toalecie i ten stan utrzymywać się będzie wieczność całą. Ale czego się nie robi dla…

Raz w tygodniu budzę się w trochę innej dzielnicy. Trochę jakby ciągnie się za mną pościel z dwoma poduchami. Super sprawa. Kilkanaście minut przed dziewiątą, stojąc na płycie peronu PKP Ursus, widzę, że coś mnie jeszcze może zadziwić. Mają tu strasznie egzotyczną numerację autobusową, że dwieście coś chyba siedem i trzysta pięćdziesiąt coś chyba cztery. Ogólne wrażenie tymczasowości dopełnia się dopiero po zajęciu jednego z tysiąca miejsc w pierwszym wagonie szybkiej kolei miejskiej.
Przy oknie po prawej siedzi pewna pani. Nie jestem pierwszy, który dostrzega, że skm’em podróżują wiele bardziej urodziwe kobiety niż pozostałymi środkami komunikacji miejskiej. Kiedyś kupię sobie cały taki wagon. Pani przypomina mocno M. więc pozwalam sobie zapomnieć o tamtej M. na rzecz tej M. Oglądamy się w szybach pociągu udając, że interesuje nas widok zza okna. Wreszcie wysiadamy. Ona na peron dla wysiadających, ja na peron dla wsiadających. Jeśli kocha, to pobiegnie górą, przybiegnie do mnie i tak już zostaniemy. A jeśli nie kocha, to i tak pokocha, bo facetowi, który kupił cały wagon kobiet tylko dla tej jednej, nie sposób się oprzeć.

Zatem plan z ratowaniem M. uknułem zupełnie niepotrzebnie, a mimo to myśl jest grzeszna i z pewnością za nią odpowiem. Póki co, w razie gdy przeżyję ogródkową eksplozję, deklaruję się nakręcić film komórkowy i wysłać na kontakt24, zrobić na tym fortunę, a z fortuną już wiadomo co. Wagon!

niedziela, grudzień 07, 2008

'- Nie trzeba tracić nadziei, chłopcze - powiedział. - Dwadzieścia lat to trudny wiek. Ale to nie trwa długo. To tylko niedobry moment, przez który trzeba przejść. Kiedy przyjaciółka porzuca cię dla człowieka starszego, traktuj to tak, jak to jest w rzeczywistości: jako zapowiedź na przyszłość. Kiedyś i ty staniesz się człowiekiem dojrzałym.
"Gówno" - pomyślałem z niepokojem.'

Romain Gary
"Obietnica Poranka"