Jakiś czas temu otrzymałem zwrotną pracę domową z oceną cztery i dwoma plusami. Wydawać by się mogło, że dwa plusy przy czwórce winny dać pięć mniej, ale jak się okazuje, gówno – studia rządzą się innymi prawami. Wyjaśnienie pod oceną było następujące: drugi plus za fantazję. W końcu fantazja, to zaraz po śnie kolejna wartość w hierarchii, wiec dałem sprawie pokój i już dłużej tegom nie analizował.
Parę lekcji potem nastały narządy domowe i przyszło opisać swój pokój. Jak zwykle spętany łańcuchem słownictwa obcego roniłem obfite łzy, łzy, które mogłoby się przerodzić w rosę, co to je niebiosa zesłać mają. Ale nie. Dlatego w poniższym wywodzie ulżę sobie nareszcie i wybaczcie mi, że nie napiszę o niczym innym jak o własnym pokoju (tak jakbym to napisał, gdyby język litewski stał się nareszcie moim ojczystym).
Mój pokój nie jest duży. Właściwie jest nawet mały, o – taki mały jak piersi koleżanki po mojej prawej. Może jest i długi jak kolejka do cukierni w wigilijny poranek czy tunel metra między metrem Ratusz, a Dworcem Gdańskim, ale jest też bardzo wąski. Wąski jak nie wiem sam co.
Okno da się przyrównać do stosunku rozporka do spodni – tylko niewielką część się da otworzyć, skutkiem czego często duszno i nie do życia. Na parapecie stoją dwie doniczki, w jednej kwiatek, w drugiej kaktus. Także stały tu kiedyś dwa słoiki po kawie, ale jeden z nich stłukł się podczas ostatniego trzęsienia ziemi. Pod parapetem stoi czerwony jak burdel, kubełek. Ale co w nim, nie wiem, bo podobnie jak do burdelu, raczej weń nie zaglądam. Dalej biurko i łóżko. Łóżko dwuosobowe rzecz jasna, co czyni mnie niekiedy smutnym, gdy przypomina o mym singlostwie, ale nie raz czyni mnie radosnym, gdy przypomina o szczęściu z bycia jedynakiem. Pod łóżkiem – hodowla kóz. Są to jedyne stworzenia, którym w tym pokoju nie jest duszno, gdyż korzystają z przywileju trwania ledwo nad podłogą dzięki czemu niejednokrotnie w ciągu dnia zażywają przeciągu. Przy łóżku oczywiście butelka z wodą, gdyż nigdy nie wie człowiek kiedy się obudzi na srogim kacu. (Kac po litewsku – pagirios, akcencik jest na ‘a’). Naprzeciwko butelki stoi pianino. Cyfrowe. Obok televizorius. Telewizja też z resztą cyfrowa – Jedynka, Dwójka i Czwórka. Obok pianina stoi czerwony kubek, ale na opis tego co w nim, trzeba by poświecić oddzielną pracę. Pod kubeczkiem, pudełko z płytami. Bach, Mendelssohn, Mahler, Rachmaninoff, ale proszę nie popadać w zachwyt, to tylko kolekcja Gazety.
Niegdyś obok telewizora stała szafka pełna płyt, jednak odkąd przestały nawiedzać mnie kobiety, którym zawsze kolekcja płyt imponuje bardziej niż kolekcja czegokolwiek innego, zacząłem regularnie pakować krążki do czarnego worka, który to worek pewnego dnia umieściłem w zsypie. Pod telewizorem jest kuweta na wypadek kota. Kota nie mam, ale wydaje mi się, że można być większym przyjacielem zwierząt dysponując kuwetą bez kota, niż kotem bez kuwety.
Potem są drzwi. Boję się za nie zaglądać, bo tam potwory i inne takie. Pod drzwiami leży cegła, którą dostałem na osiemnaste urodziny. Do dzięki niej jeszcze nie umarłem od własnego smrodu. To ona zabezpiecza drzwi przed samozatrzaśnięciem w momencie gdy zainicjowany przeciąg osiąga prędkości porównywalne z prędkościami pociągów TGV. Są jeszcze książki poupychane gdzie się da. Ale na kobietach odwiedzających nie robi to wrażenia, tylko patrzą na te grzbiety udając, że znają tytuły i autorów. Na kolegach też nie robi to wrażenia, wszak wiedzą, że wcale tego nie czytałem. No, może Słownik Poprawnej Polszczyzny raz nawiedziłem, bo kiedyś miałem być tłumaczem, a teraz to już nie wiem kim będę, skoro nic w swoim życiu nie przeczytałem tak naprawdę. W dodatku, im dłużej czytałem ten słownik, tym ludzie zdawali się mówić jakoś niepoprawniej, więc czas był, żeby z tym jakoś skończyć.
Między telewizorem a książkami jest mały otwór w ścianie. To wyjście na korytarz. Tam zaczyna się fascynujący świat butów i tam też znajduje się zejście do przerażającej krainy Gumofilców.
Sudie!
Parę lekcji potem nastały narządy domowe i przyszło opisać swój pokój. Jak zwykle spętany łańcuchem słownictwa obcego roniłem obfite łzy, łzy, które mogłoby się przerodzić w rosę, co to je niebiosa zesłać mają. Ale nie. Dlatego w poniższym wywodzie ulżę sobie nareszcie i wybaczcie mi, że nie napiszę o niczym innym jak o własnym pokoju (tak jakbym to napisał, gdyby język litewski stał się nareszcie moim ojczystym).
Mój pokój nie jest duży. Właściwie jest nawet mały, o – taki mały jak piersi koleżanki po mojej prawej. Może jest i długi jak kolejka do cukierni w wigilijny poranek czy tunel metra między metrem Ratusz, a Dworcem Gdańskim, ale jest też bardzo wąski. Wąski jak nie wiem sam co.
Okno da się przyrównać do stosunku rozporka do spodni – tylko niewielką część się da otworzyć, skutkiem czego często duszno i nie do życia. Na parapecie stoją dwie doniczki, w jednej kwiatek, w drugiej kaktus. Także stały tu kiedyś dwa słoiki po kawie, ale jeden z nich stłukł się podczas ostatniego trzęsienia ziemi. Pod parapetem stoi czerwony jak burdel, kubełek. Ale co w nim, nie wiem, bo podobnie jak do burdelu, raczej weń nie zaglądam. Dalej biurko i łóżko. Łóżko dwuosobowe rzecz jasna, co czyni mnie niekiedy smutnym, gdy przypomina o mym singlostwie, ale nie raz czyni mnie radosnym, gdy przypomina o szczęściu z bycia jedynakiem. Pod łóżkiem – hodowla kóz. Są to jedyne stworzenia, którym w tym pokoju nie jest duszno, gdyż korzystają z przywileju trwania ledwo nad podłogą dzięki czemu niejednokrotnie w ciągu dnia zażywają przeciągu. Przy łóżku oczywiście butelka z wodą, gdyż nigdy nie wie człowiek kiedy się obudzi na srogim kacu. (Kac po litewsku – pagirios, akcencik jest na ‘a’). Naprzeciwko butelki stoi pianino. Cyfrowe. Obok televizorius. Telewizja też z resztą cyfrowa – Jedynka, Dwójka i Czwórka. Obok pianina stoi czerwony kubek, ale na opis tego co w nim, trzeba by poświecić oddzielną pracę. Pod kubeczkiem, pudełko z płytami. Bach, Mendelssohn, Mahler, Rachmaninoff, ale proszę nie popadać w zachwyt, to tylko kolekcja Gazety.
Niegdyś obok telewizora stała szafka pełna płyt, jednak odkąd przestały nawiedzać mnie kobiety, którym zawsze kolekcja płyt imponuje bardziej niż kolekcja czegokolwiek innego, zacząłem regularnie pakować krążki do czarnego worka, który to worek pewnego dnia umieściłem w zsypie. Pod telewizorem jest kuweta na wypadek kota. Kota nie mam, ale wydaje mi się, że można być większym przyjacielem zwierząt dysponując kuwetą bez kota, niż kotem bez kuwety.
Potem są drzwi. Boję się za nie zaglądać, bo tam potwory i inne takie. Pod drzwiami leży cegła, którą dostałem na osiemnaste urodziny. Do dzięki niej jeszcze nie umarłem od własnego smrodu. To ona zabezpiecza drzwi przed samozatrzaśnięciem w momencie gdy zainicjowany przeciąg osiąga prędkości porównywalne z prędkościami pociągów TGV. Są jeszcze książki poupychane gdzie się da. Ale na kobietach odwiedzających nie robi to wrażenia, tylko patrzą na te grzbiety udając, że znają tytuły i autorów. Na kolegach też nie robi to wrażenia, wszak wiedzą, że wcale tego nie czytałem. No, może Słownik Poprawnej Polszczyzny raz nawiedziłem, bo kiedyś miałem być tłumaczem, a teraz to już nie wiem kim będę, skoro nic w swoim życiu nie przeczytałem tak naprawdę. W dodatku, im dłużej czytałem ten słownik, tym ludzie zdawali się mówić jakoś niepoprawniej, więc czas był, żeby z tym jakoś skończyć.
Między telewizorem a książkami jest mały otwór w ścianie. To wyjście na korytarz. Tam zaczyna się fascynujący świat butów i tam też znajduje się zejście do przerażającej krainy Gumofilców.
Sudie!
